Faustyn Wirkus (1896-1945), polski król Haitańczyków (1926-1929)

Życie bywa czasami bardziej nieprawdopodobne niż fikcja. Zdarzają się prawdziwe historie, których nie wymyśliłby obdarzony największą fantazją bajkopisarz. Takich kolei losu nie mógł sobie z pewnością wyobrazić Faustyn Wirkus, syn polskiego górnika z kopalni Dupont w Pensylwanii, który został królem Haitańczyków z La Gonave.

Faustyn urodził się w 1896 roku w Rypinie (obecnie województwo kujawsko-pomorskie). Wraz z rodzicami wyemigrował do Stanów Zjednoczonych do Dupont (Pensylwania). Od 11 roku pracował w kopalni przy sortowaniu węgla a w wieku 17 lat postanowił zaciągnąć się do armii US.

Zdjęcie z wikipedii

Służył na Karaibach i Kubie. Nie przeczuwał, że przydzielenie go na Haiti diametralnie odmieni jego życie. Trafił na haitańską wyspę La Gonave. W tamtych czasach Haiti znajdowało się w amerykańskiej strefie wpływów – możemy to także nazwać okupacją. Tak z pewnością odbierali tę sytuację mieszkańcy wyspy, którzy co jakiś czas buntowali się i walczyli z Amerykanami. Żołnierze tacy jak Wirkus mieli za zadanie tworzenie sieci amerykańskich posterunków wojskowych i policyjnych, które miały dbać o bezpieczeństwo na wyspie. Aby jednak mogło to być możliwe, sierżant Wirkus musiał dogadać się z miejscowymi.  Nie było to łatwe, ale tylko do pewnego momentu.

Polacy na Haiti

Podczas pobytu na La Gonave Wirkus szybko spostrzegł, że mieszkańcy wyspy mają zdecydowanie jaśniejszą skórę niż inni mieszkańcy Haiti. Zdarzały się także osoby o jasnych, często błękitnych oczach i blond włosach.

Mapa z wikipedii

Na dodatek bardzo często owi mieszkańcy wyspy nosili polsko brzmiące nazwiska jak Dąbrowski czy Kowalski a w momentach zburzenia przeklinali swojskim „psiakrew”! Rzecz jasna nie był to przypadek. Mieszkańcy La Gonave są bowiem potomkami Polaków, którzy w XIX wieku przybyli tutaj, by wraz z armią francuską zgasić rebelię Haitańczyków. Historia ta była tragiczna i w obawie przed skomplikowaniem się stosunków polsko-francuskich przez lata nie mówiono o tym zbyt wiele.

Obraz Januarego Suchodolskiego z 1845 r. „Bitwa na San Domingo”, Fot: Wikimedia Commons

Na Haiti trafili żołnierze Legionów Polskich, którzy walczyli w Europie u boku Napoleona. W 1802 roku zapanował tam chwilowo pokój a Napoleon, zaspokoiwszy najwyraźniej swoje ambicje, nie kwapił się wszczynać nowych wojen za polską sprawę. Ponieważ jednak w jego armii wciąż wielu było Polaków, którzy po III rozbiorze Polski wstąpili do Legionów Polskich we Włoszech, i którzy ani myśleli składać broni, Bonaparte musiał ich jakoś wykorzystać. Dobrze się złożyło, gdyż na francuskim wówczas Haiti wybuchło właśnie powstanie. I tak po wielotygodniowej, morderczej podróży wojska francuskie w których skład wchodziły 2 i 3 półbrygady polskie w października 1802 roku zeszły na ląd w Port-au-Prince. Mimo wycieńczenia i kiepskiego uzbrojenia Polacy otrzymali rozkaz wyruszenia do walki w głąb wyspy. Nie mieli szans. Dziesiątkowały ich choroby (przede wszystkim żółta febra) i ataki Haitańczyków. Być może mieszkańcy wyspy nie byli tak dobrze zaopatrzeni w broń jak europejscy żołnierze, jednak ich wola walki i znajomość topografii wyspy sprawiła, że sytuacja francuskiej armii nie była godna pozazdroszczenia. Zaciekły opór Haitańczyków sprawił, że dowództwo francuskich oddziałów zaczęło sięgać po coraz bardziej okrutne metody rozprawiania się z mieszkańcami wysp. Rozpoczęły się pacyfikacje haitańskich wsi i masowe egzekucje. Odwet Haitańczyków był straszny – europejscy żołnierze byli odzierani ze skóry, nabijani na pale i torturowani. Jedynymi, którzy mieli w razie pojmania jakiekolwiek szanse na przeżycie, byli…żołnierze polskich półbrygad. Było to możliwe dzięki temu, że Polacy jako jedyni wzbraniali się przed dokonywaniem egzekucji na mieszkańcach wyspy, często darowywali im życie lub wypuszczali na wolność. Po pewnym czasie dostrzegli oni analogie między walką Haitańczyków o wolność a sprawą, o jaką Legiony Polskie walczyły w Europie – o wolną ojczyznę. Wielu Polaków dołączyło do haitańskich oddziałów by wesprzeć ich w walce z francuskim okupantem. Kiedy walki dobiegły końca, z dużą pomocą wojsk angielskich wojsk angielskich, niewielu Polaków zdecydowało się wracać do Europy. Większość albo rozpierzchła się po Karaibach albo została na wyspie żeniąc się z miejscowymi kobietami i rozpoczynając nowe życie po drugiej stronie Atlantyku. I stąd owe polskie nazwiska, błękitne oczy i jasne włosy wśród mieszkańców La Gonave, które tak zadziwiły sierżanta Wirkusa. Miał teraz wszelkie prawo czuć się na tej dalekiej wysepce jak w domu. Jeszcze bardziej poczuł się u siebie, kiedy spotkał kobietę, która  dosłownie zmieniła jego życie – królową Ti Memenne.

Ti Memenne (w środku), królowa La Gonave i Faustin Wirkus, uznany za cesarza Faustina II. Fotografia z książki „Biały król La Gonave” (WP.PL)

Król Faustyn II

Na jednym ze zdjęć dokumentujących pobyt Wirkusa na La Gonave widzimy jasnowłosego mężczyznę w mundurze armii amerykańskiej i towarzyszącą mu niemłodą czarnoskórą kobietę w białej sukni. Tą kobietą jest królowa, którą sierżant Wirkus pozbawił tchu, gdy wyznał, że jest z pochodzenia Polakiem i nazywa się Faustyn. Ponoć na wyspie, którą od wielu lat zamieszkują potomkowie polskich legionistów, wierzono w legendę, że pewnego dnia na La Gonave pojawi się Polak. który przybędzie by panować tu jako reinkarnacja zmarłego cesarza Faustyna I.

Faustyn Wirkus wpisywał się w tę legendę idealnie. Zaproponowano mu królewską koronę, a on się nie opierał. Jako Faustyn II panował przez cztery lata, nie tylko poznając miejscowe zwyczaje, zgłębiając rytuały voodoo, rozstrzygając spory i ciesząc się życiem w towarzystwie swoich licznych żon – zmodernizował także infrastrukturę wyspy; podobno miał także w planach wybudowanie na wyspie nowoczesnego lotniska. Niestety, gdy o bezprawnym panowaniu sierżanta Wirkusa dowiedzieli się Amerykanie. Sprawa została nagłośniona w mediach, a całą sytuację musiał wyjaśniać konsul USA na Haiti. Faustyn został wysłany do Stanów i wyrzucony z wojska. Na szczęście lata panowania przyniosły mu sporo wiary we własne siły – Wirkus zamiast rozpaczać nad swoim położeniem wydał książką opisującą jego życie na wyspie, która okazała się prawdziwym bestsellerem. Po paru latach został maklerem w Nowym Jorku i ożenił się. Jednak pozostał sobą – jego awanturnicza natura dała o sobie znać gdy wybuchła druga wojna światowa. Faustyn zaciągnął się do wojska gdzie został instruktorem. Zmarł 8 października 1945 roku w Pensylwanii. Miejscu, z którego jako siedemnastolatek wyruszył ku największej przygodzie swojego życia.

Tekst:
Nowy Dziennik Polish Daily News (New Jersey)
http://www.dziennik.com/weekend/artykul/faustyn-wirkus-polski-krol-haitanczykow